czwartek, sierpnia 05, 2010
wtorek, sierpnia 03, 2010
piątek, marca 12, 2010
wtorek, listopada 17, 2009
Ciekawy tekst nt. konfliktu o gaz pojawił się ostatnio na Oil Drum. Polecam.
Some predictions on the forthcoming Russian-Ukrainian gas 'crisis'
sobota, listopada 14, 2009
piątek, listopada 13, 2009
Obecnie cena spadła poniżej 80 dolarów choć koszty uzależnione są od podpisanych w poprzednich latach kontraktów. Jednak zdaniem analityków w r. 2010 możemy oczekiwać dalszych spadków.
środa, października 21, 2009
niedziela, września 27, 2009
poniedziałek, maja 11, 2009
PS Co prawda nie doczekałem się sugestii ale kilka miesięcy temu w Polityce bodajże natknąłem się na zwrot - eko sciema. Może nieco kolokwialny niemniej oddaje znaczenie ang. green washing.
sobota, maja 09, 2009
Choć w USA podejmuje się pewne kroki by przejść na energetyczną 'dietę' to wiele wskazuje na to, że szybko nie koniecznie oznacza we właściwym kierunku. Przykładem jest skupienie się na produkcji energooszczędnych pojazdów przy jednoczesnym braku polityki cenowej względem paliw. W zeszłym roku gdy cena ropy przekroczyła $100 za baryłkę coraz więcej Amerykanów zaczynało przesiadać się z 4x4 do bardziej ekonomicznych pojazdów. Na Toyotę Prius trzeba były czekać miesiącami podczas gdy Humvee popadał w niełaskę. Gdy kryzys zaczął coraz bardziej dawać się we znaki spadła zarówno sprzedaż samochodów jak i cena paliw. Co ciekawe największy spadek sprzedaży odnotowały pojazdy hybrydowe natomiast do łask zaczeły wracać molochy. Jak podaje Federal Trade Commission średnia cena nowego samochodu w USA wynosi $28,400. Tymczasem Priusa mozna bylo nabyc juz za niecałe $22,000. Wniosek nasuwa się sam - mało kto zdecyduje się na energooszczędny samochód jeśli ceny paliw w USA będą nadal 3 - 4 krotnie mniejsze niż w Europie. Barak Obama moze zwięszkyć wymagania odnośnie zużycia paliwa w samochodach, przyznać kredyty na produkcję pojazdów elektrycznych i znizki podatkowe dla kupujacych. Jeśli jednak zabraknie bodźca fiskalnego to Amerykanie i tak zdecydują się wydać pieniądze na skórzane fotele i lepsze stereo w ... Pajero niż kupić Priusa czy Volta. I choć wyzsza akcyza na paliwo na pewno nikogo nie pociąga to prawda jest taka, że jeśli Waszyngton nie podniesie cen to zrobi to 'niewidzialna ręka peak oil.' :-) Tyle, że wtedy ta gotówka popłynie wartkim strumieniem za granicę zamiast do krajowego budzetu.
Bardzo ciekawą zależność miedzy kosztami importu ropy a stanem gospodarki pokazuje David Murphy na stronie Oil Drum. Gdy wydatki na paliwa zaczynały oscylować blisko 6% PKB amerykańska gospodarka pogrązała się w recesji. Jak więc z niej wyjść teraz skoro ostatnio przy pierwszych bardzo 'nieśmiałych' przebłyskach poprawy koniunkutury cena ropy wzrosła o 70% z $34 w lutym do $58 obecnie? W poprzednich latach w okresie recesji obok obniżek stóp procentowych to jak pisze Andrew McKillop to właśnie spadające ceny energii pomagały światowej gospodarce wrócić na ścieżkę wzrostu. Dziś jednak nie mamy możliwości zwiększyć znacząco wydobycia ropy i jeśli nie zaczniemy jej oszczedzać to próba pokonania recesji może zostać zgnieciona w zarodku.
Oczywiście powodów obecnej recesji zapewne było kilka i choć ropa nie była głownym, niemniej miała pewien udział. I zarówno w przypadku finansów jak i rynku paliw wina za obecny stan rzeczy lezy w głównej mierze po drugiej stronie Atlantyku. Amerykańskie pojazdy zużywają prawie dwa razy więcej paliwa niż europejskie czy japonskie i to właśnie tam jest największy potencjał na znaczące oszczędności. Niemniej jest to ogromne wyzwanie po części też dlatego, ze populacja USA powiększa się o ok. 25 mln co dekadę a nowo przybyli imigranci dość szybko przyjmują zwyczaje tubylców w zakresie doboru pojazdów.
No i ta Azja
Jeszcze w 2003 Chiny miały zaledwie 10 mln samochodów czyli mniej niż Polska w tym samym okresie. Jednak w ciągu 6 lat ich liczba wzrosła o 300%. Kwiecień był 3 miesiącem z rzędu gdy w Państwie Środka sprzedano więcej pojazdów niż w USA. Przyciśnieci kryzysem Amerykanie kupili 820,000 podczas gdy Chińczycy nabyli 1.15 mln. (mimo to w Chinach na 1000 mieszkańców przypada zaledwie 40 samochodów podczas gdy w USA blisko 800) Tak dynamiczne tempo wzrostu oznacza, ze jeszcze przed rokiem 2025 Chiny staną się największym rynkiem motoryzacyjnym na świecie (pod względem ilości - choć raczej nie wartości sprzedaży). W Indiach wzrost będzie nieco powolniejszy ale biorąc pod uwagę populację tego państwa też przyprawia o zawrót głowy. Do 2025 r. klasa średnia w Indiach rozrośnie się z obecnych 50 mln do ok. 583 mln i ze skuterów przesiądzie się do Tata Nano.
Częściowym rozwiązaniem dla peak oil są oczywiście pojazdy elektryczne ale dywagacje na temat ich kosztów i zasobów litu stosowanego w najbardziej zaawansowanych akumulatorach przełozę na kolejny raz.
wtorek, kwietnia 14, 2009
W moim poprzednim wpisie wspomniałem, że Korea zamierza przeznaczyć ogromne środki na tzw. 'zielone' technologie. Po odnalezieniu tekstów zawierających więcej szczegółow okazuje się, że część funduszy będzie przeznaczone na ... technologie nuklearne. Nie są bynajmniej w tym osamotnieni. Wielka Brytania, która nie ma większych osiągnieć w OZE promuje atom gdzie tylko może w tym min. w słonecznych Zjednoczonych Emiratach Arabskich i innych mniej lub bardziej stabilnych politycznie państwach- (UK seeks peaceful nuclear power use http://tvnz.co.nz/world-news/uk-seeks-peaceful-nuclear-power-use-2560446)
G. Brown wydaje się zapominać, że już kiedyś próby ratowania British Energy (elektrownie atomowe) kosztowały podatnika 6 miliardów funtów. Musimy też przymknąc oczy na zakład w Sellafield, który miał przerabiać/produkować 120 ton paliwa (nuklearnego) rocznie i w okresie użytkowania przynieść 200 mln zysku. Tymczasem w ciągu 7 lat wyprodukowała zaledwie 6.3 ton. Koszty operacyjne wyniosły 626 mln funtów i koszty konstrukcji 637 mln. Ponieważ projekt wciąż sprawia problemy (osiąga zaledwie 4% planowanej produkcji) zanosi się, że zamiast zysku może przynieść ponad miliard funtów strat. - (Nuclear recycling plant costs £1.2 billion and still doesn't work - http://www.telegraph.co.uk/earth/energy/nuclearpower/5117991/Nuclear-recycling-plant-costs-1.2-billion-and-still-doesnt-work.html) Oprócz problemów technicznych warto wspomnieć czynnik ludzki, który wydaje się być przerażająco słabym ogniwem. Kierownictwo w Sellafield ustawicznie igonorowało ostrzeżenia systemu (i pracowników niższego szczebla) sugerujące awarię. Uważano, że obiekt wybudowano wg tak wysokich standardów, że awaria nie jest możliwa. (UK government probe cites staff negligence in 2005 Thorp radioactive leak - http://www.bellona.org/articles/articles_2007/thorp_hse ) Można by też napomknąc o obecnych problemach Finlandii gdzie koszty budowy elektrowni atomowych zupełnie wymknęły się spod kontroli co w tym przemyśle jest bardziej regułą niż wyjątkiem. ( The nuclear industry's secret subsidies -http://www.guardian.co.uk/commentisfree/2008/sep/04/nuclear.nuclearpower )
Po części próby wyrwania sektora nuklearnego z krainy umarłych opierają się na szlachetnych poniekąd pobudkach. Reaktory nie emitują przecież zbyt wiele CO2 i ostatnio wymieniene są wśród 'zielonych' technologii. Tak więc dyskusja nt efektu cieplarnianego stała się swego rodzaju mieczem obosiecznym. Choć nie ulega wątpliwości, że OZE wiele zyskały na kampaniach dotyczących klimatu to jednak skupiając się wyłacznie na CO2 przeoczamy wiele innych zalet OZE i kończymy z 'jajami Bazyliszka' w postaci reaktorów jądrowych, CCS czy biopaliw. Potrzebujemy wrócić do podstaw i jasno określić jakie warunki muszą spełniać nasze rozwiązania by zasługiwać na miano zielonych, czystych czy odnawialnych. Dla przyzwoitości powinniśmy oczekiwać, że będą przyjazne dla środowiska, bezpieczne, niewyczerpane, łatwo skalowalne i coraz tańsze w miarę upowszechniania. Atom, CCS i biopaliwa nie spełniają większości z tych oczywistych wydawałoby się warunków.
O ile np. energia słoneczna jest niewyczerpanym źródłem enrgii o tyle jej cena wciąż budzi wątpliwości. Jak wspominałem w swoich poprzednich komentarzach (1 - i 2 ) koszty produkcji spadają wyjątkowo szybko. Niemniej duży popyt w zeszłym roku i małe moce produkcyjne nie skłaniały firm do obniżek. I tak First Solar, który produkuje panele na bazie tzw cienkiego filmu i może poszczycić się najmniejszymi kosztami sprzedawał swoje produkty z ponad 50% zyskiem. Bonanza jednak dobiega końca i to nie koniecznie za sprawą kryzysu. Powodem są spadające koszty krzemu stosowanego w produkcji 'tradycyjnych' paneli PV. Jak donosi Barron's ( http://online.barrons.com/article/SB123820188149562545.html?page=1 ) cena krzemu spadła już z $450/ kg do $100. Gdy spadnie poniżej $50 (koszty produkcji kg krzemu wynoszą ok $ 30-40) panele krzemowe staną się tańsze niż produkty First Solar i ku uciesze klientów wojna cenowa rozgorzeje na dobre. A że ten będzie dalej tanieć jest rzeczą pewną. W wyniku masowych inwestycji w nowe fabryki podaż przewyższy popyt w ciągu roku o 50 %. Jest jeszcze jeden powód do optymizmu. Co raz więcej firm zamierza produkować panele, które będą łatwiejsze w samodzielnej instalacji. W USA gdzie koszty montażu stanowią nierzadko 30 % ceny zestawu możliwość zaoszczędzenia w ten sposób kilku tysięcy dolarów będzie ważniejsze niż obecne wsparcie rządowe. ( When Is the Right Time to Buy Solar?http://www.greentechmedia.com/articles/when-is-the-right-time-to-buy-solar-5997.html )
Choć brzmi to paradoksalnie energia odnawialna ( jak i technologie, które pozwalają nam zmniejszyć jej zużycie ) ponieważ jest niewyczerpana może zaoszczędzić nam pieniądze nawet gdy jest nieco droższa od tej generowanej z paliw kopalnych. Co mam na myśli? Najlepiej obrazuje to obecny kryzys. Ponieważ co raz trudniej jest nam zwiększyć wydobycie ropy na którą popyt nieprzerwanie rósł jej cena doszła w zeszłym roku do $145 za baryłkę. Był to skok o kilkaset procent w ciągu zaledwie kilku lat. Recesja doprowadziła jednak do spadku zapotrzebowania z 85.8 mln baryłek dziennie do 83.4 mln w tym roku. Tak więc spadek popytu o niecałe 3% doprowadził do trzykrotnej obniżki cen do ok. $50 za baryłkę obecnie. Ponieważ nasza cywilizacja staje się coraz bardziej uzależniona od energii pokonanie recesji będzie oznaczać powrót zawrotnych cen ropy, gazu i węgla ... chyba, że większość krajów będzie ją bardziej oszczędzać i czerpać w większej mierze z innych źródeł. Tak więc jeśli mieszkamy w kraju, który jest importerem energii płacąc więcej za OZE będziemy w ogólnym rozrachunku płacić mniej (należy również uwzględnić poprawiony bilans handlowy z eksporterami energii, nowe miejsca pracy i mniejsze koszty dla służby zdrowia i środowiska). Aby to jednak było możliwe OZE musi być zaadoptowane na szerszą skalę przez wiodące gospodarki i muszą być zastosowane środki fiskalne (szczególnie w USA gdzie akcyza na ropę jest wyjątkowo niska), które uzyskany spadek cen energii 'brudnej' nie przeniosą w pełni na konsumenta. Owo przekierowanie części uzyskanych w ten sposób środków na dalszy rozwój OZE pozwalałby nam coraz szybciej wyleczyć się z obecnego uzależnienia. Byłoby to również zabezpieczeniem dla OZE przed 'ścięciem gałęzi na której siedzi' (niższa popyt na paliwa kopalne dzięki OZE = spadające ceny energii konwencjonalnej = trudniejsze konkurowanie z paliwami kopalnymi ) do czasu osiągnięcia przez nie pełnej dojrzałości.
Więcej na temat 'bezpieczeństwa' atomu na stronie Greenpeace - http://archive.greenpeace.org/comms/nukes/chernob/rep02.html i innych 'kwiatków' tego sektora na http://delicious.com/chr4/nuclear
niedziela, kwietnia 05, 2009
Wspomniane przeze mnie w poprzednich wpisach sposoby walki z ubóstwem są promykiem nadziei dla mieszkańców krajów rozwijających się. Jako, że w państwach tych większość mieszkańców utrzymuje się z rolnictwa można w stosunkowo krótkim czasie poprawić warunki bytowe milionów ludzi. Niemniej trzeba też mieć na uwadze fakt, że kraj którego gospodarka opiera się na rolnictwie nigdy w większym stopniu z ubóstwa się nie wyzwoli. Do tego konieczne jest uprzemysłowienie.
Jak podaje EETimes Samsung jest dziś w czwórce firm posiadających najwięcej patentów w technologiach związanych z energią słoneczną. Jest to nieco zastanawiające bo ten koncern nawet nie rozpoczął jeszcze produkcji systemów PV. Co więcej w owej czwórce nie znalazł się Q Cells największy obecnie producent PV. Przyjrzyjmy się zatem współczesnej historii ojczyzny Samsunga bo jest to pewien ewenement w historii rozwoju gospodarczego poprzedniego stulecia.
W 1910 roku Korea została zajęta przez Japonię. Później przyszły II Wojna Światowa i Wojna Koreańska, które pozostawiły ten kraj w gruzach. W 1961 r. - osiem lat po zakończeniu wojny z Koreą Północną statystyczny mieszkaniec Korei Połuniowej zarabiał zaledwie 82 dolary rocznie. Ponad dwukrotnie mniej niż mieszkaniec Ghany ($179). I choć odnoszono nieliczne sukcesy np. -liczba osób umiejących czytać i pisać wzrosła w tym czasie z 22% do 71% to amerykańska agencja ds. pomocy nazwała ten kraj 'studnią bez dna'. Główne towary eksportowe z tego okresu to ryby, wolfram i inne surowce. Co do Samsunga, jednego wiodących dziś eksporterów telefonów komórkowych, półprzewodników i komputerów to firma zaczynała w 1938 r. jako eksporter ryb, owoców i warzyw. Od połowy lat 50-tych do 70-tych w 'portfolio' znalazły się jeszcze tekstylia i cukrownictwo. Dopiero w 1977 jego fabryki opuściły pierwsze telewizory. Tak więc gdy w 1983 r. koncern ogłosił zamiary zaangażowania się w produkcję półprzewodników nikt nie traktował tego oświadczenia poważnie.
Jak więc kraj, który jeszcze 50 lat temu był biedniejszy niż wiele afrykańskich państw ma dziś dochód per capita porównywalny z Portugalią, która na własnym terytorium nie zaznała wojny od prawie stulecia i była hojnie wspierana przez UE?
Gdyby wierzyć dzisiejszym artykułom prasowym to motorem był zapewne wolny handel. Jednak jak przekonuje w swojej książce Ha-Joon Chang, Koreańczyk wykładający obecnie w Cambridge źródła sukcesu leżą gdzie indziej.
W 1973 r. prezydent Park ogłosił program Ciężkiego i Chemicznego Uprzemysłowienia. (Ze względu na ograniczenia czasowe muszę niestety pominąć ciemne strony tamtych lat - przewroty wojskowe, dyktatury i wyzysk pracowników). Powstały pierwsze stocznie, montownie samochodów, firmy chemiczne, elektroniczne itd. W założeniu dochód per capita miał w 1981 r. osiągnąć $1000. Ten jak początkowo uważano zbyt ambitny cel osiągnięto 4 wcześniej. Wartość eskportu mierzona w dolarach wzrosła pomiędzy 1972 a 1979 dziewięciokrotnie. Aby zapewnić sobie stały dostęp do twardej waluty sięgano po desperackie wręcz kroki - zabronione było min. kupowanie zagranicznych papierosów :-). Dolary były niezbędne tej dynamicznie rozwijającej się gospodarce na zakup maszyn. Rząd w konsultacji z sektorem prywatnym wybrał kluczowe sektory na których opierać miał się wzrost. Wspierał nowe firmy dając im czas na rozwój poprzez subsydia i wprowadzenie tymczasowych ceł na produkty z zagranicy. Dziś dla karmionych liberalną literaturą czytelników taka politka to zgroza. Zachód naciska na kraje rozwijające by otworzyły swoje rynki bo to przyspieszy ich rozwój gospodarczy. Trudno wierzyć w dobre intencje tychże doradców zważywszy, że chcą zniesienia ceł i wolnej konkurencji jedynie w sektorach gdzie mają zdecydowaną przewagę. Historia pokazuje, że zarówno Korea, Japonia, USA jak i Europa Zachodnia osiągnęły obecny poziom rozwoju zupełnie inaczej. Praktycznie każdy z nich chronił swoje rynki przed zagraniczną konkurencją do momentu gdy ich własne firmy z danego sektora rozwinęły się na tyle, że mogły stawić czoła konkurencji.
Już w 1884 r. niemiecki ekonomista Friedrich List, krytykował Wielką Brytanię za forsowanie wolnego handlu na arenie międzynarodowej gdy sama stała się potęgą gospodarczą poprzez cła i subsydia. Jak to ujął: "Brytyjczycy kopneli drabinę' po tym jak sami wspieli się na szczyt. Gdy Portugalczycy przybyli do Indii nie mogli zamienić przywiezionych przez siebie tkanin na przyprawy korzenne i inne produkty gdyż tkaniny europejskie były znacznie gorsze jakościowo. Kilka wieków pózniej Brytyjczycy podbili Indie i zabronili ich produkcji. Te miały być importowane z fabryk Manchesteru. Za złamanie tego prawa groziło obcięcie dłoni. By zapobiec chorobom będących wynikiem spożycia skażonej/nieprzegotowanej wody zaczęto promować w Anglii picie herbaty. To jednak nieco osłabiło bilans handlowy z kolonią. By go poprawić zaczęto produkować w Indiach i przemycać do Chin haszysz. Gdy Chiny podjęły kroki by ten proceder zatrzymać (używanie haszyszu było w tym kraju zakazane) Wielka Brytania wysłała swoją flotę i wymusiła na Chinach pokaźne ustępstwa. Królestwo Brytyjskie prowadziło politykę sprowadzania surowców z kolonii, przetwarzania ich w fabrykach w Anglii i eksportowania tychże produktów z powrotem do kolonii. To podejście stosowane było również w stosunku do Ameryki. Kilkadziesiąt lat po zdobyciu przez Amerykanów niepodległości pozostałości kolonialnej polityki stały się przyczyną wojny secesyjnej. Półnoć chciała się rozwijać gospodarczo i dążyła do wprowadzenia ceł, które chroniłyby powstające dopiero lokalne przedsiębiorstwa. Południe chciało pozostać przy status quo. W ich interesie było eksportować bawełnę i tytoń do Anglii i sprowadzać stamtąd gotowe produkty, które były lepsze jakościowo i tańsze niż radosna twórczość raczkujących dopiero biznesmenów z Nowego Jorku. I to na tym tle wybuchł konflikt Północy z Południem. Kwestia wyzwolenia niewolników była jedynie posunięciem strategicznym ze strony prezydenta Lincolna. Kilka dekad pózniej USA zdetronizowały Wielką Brytanię stając się największą gospodarką świata.
Nie inaczej miała się sprawa z Japonią. Pierwszy samochód jaki Toyota zaczęła eksportować do USA okazał się totalna klapą. Japońskie produkty były w latach 50-tych symbolem taniej tandety. Wielu w samej Japonii postulowało by dać sobie spokój z produkcją samochodów w tym kraju i znieść cła na amerykańskie auta czyniąc je bardziej przystępnymi cenowo dla przeciętnego klienta. Inni tymczasem argumentowali, że żaden kraj nie doszedł do niczego bez rozwinięcia takich sektorów jak motoryzacja. Gdyby nie oni Toyota byłaby dziś raczej montownią dla któregoś z amerykańskich producentów albo nie istniała by w ogóle. Dziś ten kraj nie potrzebuje ceł bo jakościowo ich produkty nie mają sobie równych. Gdyby jednak postawiono tam na politykę tak dziś promowaną przez liberałów z Funduszu Walutowego czy Banku Światowego to dziś ekonomicznie to państwo przypominałoby raczej Malezję niż Zachód.
A wracając do Korei to dziś LG Chem jest wg wielu ekspertów producentem najlepszych baterii litowo-jonowych na rynku ( i dostarczy akumulatory dla Volta jeśli ... GM przetrwa). W dobie obecnego kryzysu kraj ten planuje przeznaczyć najwięcej bo aż 81% pakietu stymulacyjnego na tzw. zielone technologie co stanowi wg Newsweeka 3% GDP i pewnie jeszcze nie raz nas zaskoczy.
Na podstawie 'Bad Samaritans' - Ha-Joon Chang
Niestety z powodu ograniczeń czasowych nie mogłem wspomnieć kilku fascynujących rozdziałów dotyczących Finlandii, patentów i czynników kulturowych ( rewelacyjny rozdział 9 - Lazy Japanese and thieving Germans)
środa, marca 04, 2009
Kontynuując temat krajów rozwijających się może warto sprecyzować co należy 'odsiać'. Studiując historię programów rozwoju w krajach Trzeciego Świata co chwila napotykamy przykłady korupcji, niegospodarności i odporności na mądrośc płynącą z uczenia się na błędach. Co gorsza strumień pieniędzy jaki płynie do wielu krajów staje się pokusą dla niezawsze szlachetnych przywódców. Możliwość przechwytywania tych środków prowadzi do destabilizacji politycznej gdyż apetyt rośnie w miarę jedzenia i z raz zajętym stołkiem zbyt ciężko się rozstać. Owo uzależnienie od wladzy tylko pogłębia nawarstwione przez lata problemy i prowadzi do konfliktów w których życie tracą miliony ludzi.
Rozwiązaniem, przynajmniej częściowo, jest unikanie dużych projektów. Te rzadko kiedy przeprowadzone są efektywnie. Przykładem jest huta w Nigerii, która kosztowała miliardy dolarów ale nigdy niczego nie wyprodukowała. Molochy co najwyżej pozwalają lokalym politykom pozować do fotografi, przeciąć wstążkę i 'namaścić' zaprzyjaźnionych podwykonawców. Jak gorzka to pigułka przekonali się swego czasu rolnicy w Indiach. Praktykowana kiedyś w Indiach polityka inwestycji w duże systemy nawadniania sprawiła, że woda znalazła się w wielu miejscach pod kotrolą miejscowych rajów. Najubożsi rolnicy znaleźli się na końcu łańcucha i słono za to płacili.
Oczywiście powszechna korupcja stanowi też ryzyko dla potecjalnych inwestorów choć tu i polskie firmy mają pewne doświadczenia - niestety.
Choć działania w skali mikro też mają swoje wyzwania to w miarę upowszechniania się mikrokredytu i organizacji takich jak Grameen czy Opportunity Intl. nabierają rozpędu. Grameen podaje, że gdy rozpoczynali program instalacji paneli PV płacili za nie $7/W. Dziś koszty spadły do $3 (obecnie zaopatruje ich Kyocera Solar) ale dostają już oferty rzędu $2.5. Wedle przeprowadzoych przez nich analiz gdy cena spadnie poniżej $2 opłaci im się instalować te systemy również w miastach, które są podłączone do sieci energetyczej (obecnie ok. 30% ze 150 milionowej populacji tego kraju). Obserwując spadek cen w tym sektorze raczej nie przyjdzie im długo czekać. Otwarta w Malezji fabryka First Solar pozwoliła dodatkowo obniżyć i tak niskie ( w porównaniu z konkurencją) koszty i zejść poniżej $1/W a szef F nie wyklucza dalszych oszczędości. Po uwzględnieniu zysków producenta, kosztów trasportu i ceł Grameen będzie mógł już w krótce konkurować z tradycyjną energetyką.
środa, lutego 25, 2009
W odpowiedzi na pytanie p. Romualda z poprzedniego wpisu postanowiłem szybko coś napisać. Otóz dalej kocham czytać i w tym właśnie jest problem. Jeśli natknę się na jakąś ciekawą książke podczas pisania czegoś na blog to para wołów nie zaciągnie mnie już do laptopa. Tą 'tragiczną śmiercią' zakończył niejeden tekst. Tym razem postanowiłem by moje przemyślenia nie zginęły w czeluściach twardego dysku. Większość wpisów na tym blogu dotyczyła jak dotąt energii odnawialnej. Jednak jak sugerują moje linki do innych stron interesuje mnie również życie osób, którym przyszło żyć w ekstremalnej nędzy. Choć moje zainteresowania biorą się głównie z pobudek humanitarnych to pokuszę się o napisanie kilku słów w tym temacie z punktu widzenia zysków i strat. Niewykluczone, że teraz gdy coraz więcej gospodarek cierpi z powodu dziur budżetowych coraz częściej będziemy słyszeć cyniczne pytania odnośnie pomocy dla krajów rozwijających się. Wątpliwości te są niestety uzasadnione. W wielu krajach korupcja pożera lwią część płynącej z zachodu pomocy. Klasycznym przykładem jest Czad, gdzie jak podaje prof. Collier 99% pieniędzy przeznaczonych na finansowanie klinik nigdy nie dotarło do odbiorców. Miliardy w wielu afrykańskich krajach zostały rozkradzione przez rządzących lub były dystrybuowane zgodnie z kluczem wyborczym. Z drugiej strony nieumiejętnie zorganizowana pomoc często doprowadzała lokalnych rolników do bankructwa lub wręcz tworzyła kompletną zależność od organizacji humanitarnych pomimo, że dany region dysponował dobrymi warunkami dla uprawy roli. Czy to oznacza, że mamy nic nie robić? Możemy zapomnieć o tym, że Aids i malaria osierociły miliony dzieci tego nieszczęsnego lądu? Nadal potrzebujemy pracować nad skutecznymi sposobami wsparcia dla tych najsłabszych, którzy nie są w stanie pomóc sobie sami.
Jednak prawdziwy potencjał jest w tych, którzy są stanie sami 'złowić rybę' jeśli tylko pokażemy im jak. I co więcej jest to w naszym interesie.
Lasy deszczowe Ameryki Pd, Afryki i Azji to nie tylko płuca naszej planety. To również bogactwo fauny i flory - a zatem i związków chemicznych na bazie których oparta jest ogromna ilość naszych leków. Dla przykładu nie występująca już w naturze roślina nazwana po angielsku Madagascar Periwinkle przyczyniła się do powstania leków, które zwiększyły szanse przeżycia przez dzieci białaczki z 20 do 80 %. 25% aktywnych składników w lekach na raka pochodzi ze związków, które występują wyłącznie w lasach tropikalnych. Jednak lasy te są obecnie pod presją rosnącej populacji.
W 1966 r liczba mieszkańców Ziemii przekroczyła 3 miliardy, w 1999 było to już 6mld. W 2011 będzie nas o kolejny miliard więcej. Obecnie miliard głoduje a kolejny miliard żyje w niedożywieniu. Te same 2 miliardy nie mają też dostępu do elektryczności. Niemniej dwa kraje z największą liczbą mieszkańców żyjących w nędzy - Chiny i Indie odnotowały na tym polu znaczący sukces. W Chinach za dolara dziennie w 2005 żyło 18% populacji. W 1981 r. było to aż 80%. W Indiach liczba osób zyjących za mniej niż 1.25 dolara dziennie wzrosła z 420 mln do 455 mln, niemniej odsetek populacji w skrajnej nędzy spadł z 60 do 42%. Wzrost gospodarczy pomógł nie tylko wydostać się z nędzy milionom ludzi ale przyczynił się również do spowolnienia wzrostu populacji. ONZ prognozuje, że wzrost liczby ludności zostanie zatrzymany w tym stuleciu na poziomie 9-11 miliardów. Gdzie dokładnie - to już będzie uzależnione od wzrostu gospodarczego w krajach najuboższych. Dziś z perspektywy ostatnich dekad możemy zobaczyć jak rosnąca zamożność przekłada się na malejącą liczbę dzieci w rodzinach.
Jak zwiększyć przychody przeciętnego Afrykańczyka? Dziś gdy Chiny dysponują infrastrukturą, stabilną sytuacją polityczną i w miarę wykwalifikowaną siłą roboczą kraje afrykańskie wydają się bez szans w konkurencji o inwestycje. Jednak kilka orgaznizacji wychodzi z kolejnymi pomysłami i co więcej zaczynają być zauważani. Przełomem był Nobel przyznany organizacji Grameen. W odróżnieniu od typowych organizacji charytatywnych Grameen niczego nie rozdaje za darmo. Udziela mikrokredytu, który pozwala np kupić pompę i system do mikroirygacji. Dzięki temu rolnik może mieć plony dwa a nawet trzy razy w ciągu roku, sprzedając produkty w porze suchej gdy są droższe a więc i bardziej zyskowne. Aż 98% kredytów zostaje spłaconych co przy dzisiejszej katastrofie rynków finansowych na zachodzie jest wynikiem godnym pozazdroszczenia. (Zwiększona produkcja żywności zmniejsza też pokusę wycinania/wypalania lasów.) Dziś w tym samym systemie instaluje panele PV i elektrownie biogazowe. Te zwiększone zarobki wydane są w pierwszej kolejności na edukację. To przekłada się na lepsze perspektywy przyszłego pokolenia, późniejsze założenie rodziny a z zatem niższy przyrost naturalny. Jak dotad w krajach najuboższych posiadanie dużej ilości dzieci ma być też zabezpieczeniem na starość - ze względu na wysoką śmiertelność niemowląt 2 czy 3 dzieci wydaje się być nie wystarczające. Czy zatem jest już po problemie? Prawie. Projekty takie jak przeprowadza Grameen, Kickstart czy IDE potrzebują efektu skali. IDE wyrwało z ubóstwa 17 mln ludzi ale to wciąz kropla w morzu.
Skoro zatem światło z paneli PV jest bezpieczniejsze i tańsze niż powszechne w Bangladeszu lampy naftowe to dlaczego prawa rynku nie wyeliminują gorszego produktu? Skoro pompy mogą zwracać się rolnikowi już w pierwszym roku to czemu nie są w powszechnym użyciu?
Jest to trochę jak z anegdotą o dwóch profesorach, którzy spacerując debatują o wadach i zaletach gospodarki rynkowej. Nagle zauważają leżący na ulicy banknot stu-dolarowy. Wtedy jeden pyta drugiego: Dlaczego sie po niego nie schylisz?
Po co? Gdyby był prawdziwy to już dawno ktoś by go podniósł.
Nie możemy zakładać, że gdyby te rozwiązania dzialaly to dawno zalałyby te kraje. Owa 'niewidzialna ręka' rynku, która (teoretycznie) nie przepusci żadnej okazji na zarobienie paru groszy, powinna prowadzić do upowszechnienia najbardziej konkurencyjnych produktów. Wydaje się jednak szczególnie zawodzić w Afryce i Pd. Azji. Kraje Trzeciego Świata cierpią z powodu braku przepływu informacji. Dotarcie do potencjalnych klientów jest czasochłonne i drogie. Im szybciej przetrzemy szlak tym lepiej dla nas - mieszczuchów w pozbawionej lasów Anglii.
Godne polecenia:
Banker to the Poor: The Story of the Grameen Bank
The Bottom Billion
Out of Poverty
The Sceptical Environmentalist
The Improving State of the World
niedziela, października 19, 2008
Z tarczą czy na tarczy?
16 października polski rząd odetchnał z ulgą. Premier Tusk, jak to ujeła Rzeczpospolita walczył z wiatrakami i zwyciężył. Może jeszcze uda nam podtrzymać dłużej przy życiu nasz zacofany system energetyczny i będziemy mogli dalej truć nasze środowisko. Jeśli będziemy stać twardo przy naszym stanowisku i walczyć o nasz interes narodowy to nie będziemy musieli stworzyć setek tysięcy miejsc pracy w sektorze czystych technologii ani robić miejsca na naszym wiejskim podwórku dla innowacji. Naszego uniesienia nie zmąci też najnowszy raport HSBC,
który podaje, że kapitalizacja firm zaangażowanych w OZE przekroczyła 300 mld dolarów - i wynosi dziś więcej niż firm z rynku oprogramowania i biotechnologii razem wziętych. Uff, nasz kraj cudem uniknął boomu i profitów z rozwoju firm internetowych (choć sukcesy naszych studentów na międzynarodowych konkursach informatycznych musiały nieraz budzić obawy naszych decydentów) a zanosi się, że i tym razem wygra konserwa. Przy takich spektakularnych sukcesach naszych przedstawicieli j. polski już w krótce stanie się językiem dyplomacji.
W ten czwartek oprócz wieści o 'zwycięstwie' polskich negocjatorów trafiła w moje ręce najnowsza książka Thomasa Friedmana - "Hot, Flat, and Crowded". Pisze on min. o tym jak w 1973-74 roku podczas wprowadzonego przez państwa arabskie embarga Europa i Japonia wprowadziły podatki na paliwo oraz inne mechanizmy by oszczedzać energię. Na początku reakcja Ameryki była podobna. Kongres wprowadził wymagania dla samochodów i pojazdów dostawczych. Wprowadzone w 1975 r standardy wymagały by w ciągu 10 lat zużycie paliwa w nowych samochodach spadło o połowę do 8.5l/ 100km. Producenci bez problemu sprostali temu wyzwaniu i przy zwiększonej podaży ropy przyczynili sie do dramatycznego spadku ceny tego surowca. Prezydent Reagan nie poszedł jednak śladem swoich poprzedników i zmniejszył wymagania stawiane koncernom motoryzacyjnym. Obciął też fundusze dla badań nad energią odnawialną i w symbolicznym akcie nakazał usunięcie z dachu Białego Domu paneli słoencznych zainstalowanych na polecenie prezydenta Cartera. Gdyby USA kontynuowały politykę oszczędzania paliwa to jak twierdzi Amory Lovins z Rocky Mountains Institute to po 1985 r. Amerykanie nie potrzebowali by ropy z Bliskiego Wschodu. Historia potoczyła się inaczej. Podczas gdy Europejczycy przesiedli się do mniejszych, bardziej wydajnych samochodów - Amerykanie zapragneli 4x4.
Dziś paliwo w Danii kosztuje dwukrotnie więcej niż w USA. Oprócz tego kraj ten wprowadził podatek od emisji CO2 pomimo, że w latach 90-tych odkryto u jego wybrzeży złoża ropy. Pomimo wysokich kosztów energii gospodarka tego kraju przez ostatnich 27 lat wzrosła o 70% podczas gdy zyżycie energii pozostało na prawie niezmienionym poziomie. Bezrobocie jest na poziomie 2%. Jak to ujał duński minister ds. Klimatu i Energii C. Hoddegard przecieranie szlaku dało im przewagę nad konkurencją. Dunski Vestas jest największym producentem turbin wiatrowych na świecie a Danisco i Novozymes to liderzy w produkcji enzymów używanych do przetwarzania biomasy na paliwo. W sumie OZE zatrudnia w tym liczącym 5 mln mieszkańców kraju 30 tys. ludzi.
Oprócz szkód wyrządzonych w środowisku polityka energetyczna ma również nie mały wpływ na umysły młodych ludzi w krajach muzułmańskich. I konflikt w Iraku nie jest bynajmniej jedynym powodem zmian w podejściu do Zachodu. Pół wieku temu wiele społeczeństw muzułmańskich było bardziej liberalnych niż dziś. Edukacja w rosnących w liczbę madrasach, z których część promuje wahabizm (a w zasadzie- Salafism), najbardziej fundamentalny i wrogi Zachodowi odłam Islamu jest chętnie fundowana przez Arabię Saudyjską. Hezbollah z kolei dzięki wsparciu Iranu obiecuje wsparcie dla rodzin samobójczych zamachowców, którego koszt szacowany jest na ok. 3 mld dolarów. Pokojowe społeczności wielu muzułmańskich krajów obserwują jak Saudyjscy inwestorzy przejmują ich stacje TV i czasopisma i z czasem promują własne fanatyczne treści, które pokojowi się chyba nie przysłużą. Jednak zarabiając w 2007 r. 170 mld dolarów na eksporcie ropy Arabia Saudyjska z groszem liczyć się nie musi.
Friedman czyni jeszcze jedno ciekawe spostrzeżenie: kraje które ugruntowały swoje demokratyczne struktury przed odkryciem złóż ropy pozostały demokratyczne ( USA, Norwegia, UK). Te, które najpierw odkryły ropę nigdy ich nie wykształciły (Iran, Arabia Saudyjska, Sudan, Rosja etc.). Bahrain był jednym z pierwszym krajów w Zatoce, który w 1998 r. zdecydował się na odważne reformy. Powód - wyczerpujące się zasoby ropy. Jednak o ile 10 lat temu o zmianach mówiono jako o konieczności - dziś przy wysokich cenach surowców to aspiracje. Im wyższa cena ropy tym mniej producenci ropy liczą się z opinią międzynarodową, inwestują w edukację i budują państwo prawa. Nie reformują swoich gospodarek ani nie zabiegają też o inwestycje ze strony zagranicznych koncernów. Mają za to mnóstwo pieniędzy by przekupić opozycję, rozbudować 'służby bezpieczeństwa', kupować głosy wyborców populistyczną polityką.
W wyniku embarga w latach 70-tych udział dochodów z eksportu ropy wzrósł w ZSRR z 10 do 40 procent. Większość tego bogactwa została przeznaczona na konsupmcję jako, że Rosja nie była już w stanie ani się wykarmić ani zbyt wiele wyprodukować. Złote czasy nie trwały jednak wiecznie. Według wicepremiera Gajdara zakończyły się w 1985 gdy Szejk Yamanii ogłosił, że Arabia Saudyjska nie będzie dłużej chronić cen ropy i 'zalała' rynek surowcem spychając ceny z 70 do 16 dolarów za baryłkę. Dla ZSRR gdzie koszty wydobycia były wielokrotnie wyższe niż w Zatoce był to gwóźdź do trumny.
Mam nieodparte wrażenie, że gdyby prezydent Reagan (jak i reszta świata) poszedł śladem Danii to dziś tarcza antyrakietowa, niezależnie kogo i przed kim ma chronić w ogóle nie byłaby potrzebna.
Jeszcze raz polecam książkę Thomasa Friedmana - Hot, Flat and Crowded
niedziela, września 07, 2008
Do niedawna popularność ogniw fotowoltaicznych sprawiała, że producenci nie nadążali za popytem co prowadziło do utrzymywania się wysokich cen. Gdy kolejne firmy zapowiadały zrównanie kosztów energii słonecznej z energią z sieci sceptyków nie brakowało. Jednak spadające ceny krzemu i masowa produkcja wydają się robić swoje. Niemały wkład wnoszą też wspominane na tym blogu inne technologie jak choćby tzw. 'thin film', który stosowany jest przez dwójkę liderów tego segmentu mianowicie First Solar i Nanosolar. Nie bez wpływu był też wzrost cen węgla, ropy i gazu. Na konferencji w Valencji European Photovoltaic Industry Association zapowiadział, że we Włoszech owo zrównanie kosztów z energią z sieci nastąpi w 2010 r., w Hiszpanii 2012 r., w Niemczech w 2015 r. a w innych krajach Unii nie później niż w 2020 r. Tak więc zanosi się na to, że jeśli Polska zdecyduje się na budowę elektrowni atomowych to nim zostaną one oddane do użytku będziemy mieli atrakcyjniejsze źródło energii. Co istotne ten optymizm podziela również ... BP. Według opublikowanego na ich stronie raportu Kalifornia i Hawaje (ten stan musi importować wszystkie swoje paliwa ) już obecnie osiągnęły ten poziom. Gospodarstwa domowe na Hawajach już dziś muszą płacić 18-20 centów za KWh podczas gdy koszt energii słonecznej wynosi tam 20 centów za KWh.
W lipcu The Electric Power Research Institute ogłosił wspólne rozpoczęcie badań nad pojazdami elektrycznymi z General Motors i 34 dostawcami energii w USA. We wrześniu z kolei Daimler i RWE (jeden z największych dostawców energii w Niemczech) połączyli siły w celu zbudowania infrastruktury dla EV. Dostawcy energii mają wiele do zyskania. Pojazdy elektryczne nie tylko zwiększyłyby ich obroty. Dzięki tańszym taryfom nocnym mogliby sprzedać więcej energii wtedy gdy zapotrzebowanie jest szczególnie niskie. GM liczy, że po latach obecności EV na rynku nie musiałby od razu radzić sobie z recyclingiem baterii (baterie używane przez Tesla Motors nie są toksyczne ). Po kilkunastu latach nie nadawałyby się one do ponownego użytku w samochodach ze względu na spadek pojemności o kilkadziesiąt procent. Jednak dla sieci energetycznych ich sprawność byłaby wystarczająca by po połaczeniu tysięcy baterii gromadzić energię na godziny największego zapotrzebowania i przy okazji wyrównać wahania napięcia w sieci.
piątek, września 05, 2008
